niedziela, 15 stycznia 2017

Czyżby spadochroniarzy było zbyt wielu?

Taka oto sytuacja. Taki oto mem. 

Zobaczyłem i coś mnie tknęło. Poczułem się niesprawiedliwie potraktowany i to zupełnie bez powodu. Oczywiście, że najpierw zakuło mnie ego i zacząłem sobie w myślach wyliczać, że wszystko to robiłem i to bardziej. Gdy tą wewnętrzną terapią sam siebie uspokoiłem zacząłem zastanawiać się nad tym bardziej spokojnie.

Dzielić dla nowych więzów.

Ta strategia działa i będzie działać. Jest nędzna, czasami nawet podła ale działa.
Gdy grupa jest liczna trudno o zbudowanie bliskiej więzi, trzeba więc wyłonić bardziej wyspecjalizowaną podgrupę i integrować się z nią. A najlepiej ludzi łączy wspólny wróg, wobec tego nowo wydzielona podgrupa znajduje sobie ofiarę i zaczyna wykazywać swoje przymioty na tle braku tychże samych u kontr-grupy. Wygląda więc na to, że skoczków jest zbyt wielu, aby utrzymać między sobą bliskie więzi. Muszą się dzielić.
W przypadku tej grafiki można znaleźć wiele eleganckich form, które nie wymagałyby odnoszenia się w dość negatywnej formie do podzbioru skoczków cywilnych. Można było choćby sformułować to, że dumą napawa świadomość przynależności do tak elitarnej grupy, jaką są wojska desantowe. Nikt na tym, w żaden sposób nie cierpi. Przede wszystkim zaś nie cierpi na tym wizerunek desantowca.

Dlaczego uważam że ten wizerunek został naruszony?


Otóż zastanówmy się chwilę nad szkoleniem wojskowym. Na mój stan wiedzy (jeśli się mylę, bardzo proszę fachowców o pomoc w wyregulowaniu jakości moich informacji) szkolenie spadochronowe jest tylko jednym z wielu innych szkoleń. Słyszałem, że jednostki desantowe zajmują się także wspinaczką, nurkowaniem, szeroko pojętym surwiwalem no i oczywiście walką, walką wręcz, z użyciem różnorodnej broni. Przechodzą wyczerpujący trening fizyczny i psychiczny. Skoki, skądinąd spektakularne to jednak traktowane są dość pobieżnie.
Miałem wielokrotnie kontakt z wojskowymi i byłymi wojskowymi, którzy kontynuowali szkolenie w cywilu i wiem, że to, co "przechodzi" w wojsku to nijak nie daje się przepchnąć w cywilu. Oczywiście są wojskowe kluby sportowe z kadrą zawodową, która jest na zupełnie innym poziomie, powiem nawet na poziomie elitarnym ponad oboma podzbiorami - skoczków cywilnych i desantowców.
Z mojego punktu widzenia szkoleniowca nawet dwa lata służby wojskowej przy dobrym poziomie finansowania wojska, nawet jeśli byłaby to służba nastawiona głównie na skoki (zupełnie nie wiem po co, bo przecież to wartość bojowa nie rośnie liniowo wraz z umiejętnościami skoczka) to nadal dwa lata to potocznie mówiąc mizeria. Zrozumiała zupełnie mizeria z punktu widzenia skoczka, który każdy możliwy, zarobiony przez siebie pieniądz wydaje na skoki i robi to przez lata. Zmieniając przy tym typy spadochronów, poznając nowe dyscypliny, nowe lotniska, samoloty itp.
Desant to zupełnie coś innego.
Wojska desantowe w każdej armii stanowią elitę i nie ma żadnego sensownego powodu, aby negatywnie odbijać się od kolorowych, często niezdyscyplinowanych, często dziecinnych ale w rzeczywistości dużo lepiej wyszkolonych skoczków cywilnych. 
To pokazuje jakąś zadrę, jakiś kompleks, który być może toczy skupionych wokół wojskowej tradycji desantu spadochroniarzy. Twórca tej grafiki zrobił krzywdę ludziom bardzo pozytywnie kojarzonym jako prawdziwi komandosi. Idąc dalej mógłby powstać mem, w którym chłopiec w piaskownicy z plastikowym mieczykiem nie dorasta to pięt cichym zabójcom wojsk powietrzno desantowych. To oczywiście nie to samo, bo jak wcześniej wskazałem rzeczywista sytuacja dotycząca wyszkolenia spadochronowego (i tylko o to mi chodzi) jest zupełnie inna niż wskazywałby mem.
Zacząłem więc zastanawiać się nad tym dalej.

Skąd ta rysa na szkle

Popijając sobie kawkę przed ekranem kompa przyszło mi do głowy, że jest to efekt tęsknoty połączonej z trudnością uprawiania skoków. Skoki w wojsku są za darmo. Cieszę się, że skoczkowie cywilni nie tworzą z tego powodu żadnych wyśmiewających tą kwestię grafik. Cieszę się, bo choć żołnierze szkoleni są za pieniądze podatnika, to pieniądze te są inwestowane w obronność kraju, nie ma więc mowy o sponsorowaniu zabawy a więc i nie dla zabawy wykonywane są skoki w wojsku. Po zakończeniu służby wojskowej życie może więc nie dać okazji do kontynuowania skoków. Tym bardziej, że to są inne rodzaje szkolenia wobec czego albo ośrodek szkolenia zrobiłby jakiś program pomostowy dla byłych wojskowych albo muszą zaczynać od początku. A to dużo kosztuje, o czym doskonale wiedzą cywile.
Może więc być podobnie jak w ludzkich relacjach, gdy nienawiść jest tak blisko miłości a płacz tak blisko śmiechu. Chcąc być bliżej, tęskniąc i widząc, że cywile się bawią trzeba odnieść się do nich w jakiś sposób, choćby taki. To ma trochę sensu, ale skończywszy kawkę przyszło mi do głowy jeszcze jedno.

Cholerny wirtualny awatar

Co się dzisiaj dzieje w sieci? No co, pawie ogony, zazwyczaj nieistniejące w rzeczywistości lub będące jedynie wyskubanymi z piór końcówkami koło dupy, są przepięknie eksponowane w internecie. Epickie wyczyny, które powodują opadanie szczęk odnoszą się w istocie do ewolucyjnego budowania atrakcyjnego wizerunku, dla przetrwania genów. W internecie na razie geny nie przechodzą ale wyścigi na atrakcyjność internetowej twarzy idą pełną parą.
Desant to jakby nie patrzeć, dla przeciętnego zjadacza popularnego wyrobu zbożowego to właśnie skok spadochronowy. Czyli spadochron łączy wszelkie mniejsze podzbiory związane z tym statkiem powietrznym. Ale atrakcyjność wizualna skoków wojskowych nieco odstaje - bo i musi odstawać, bo nie ma przyzwolenia na zabawy, to jest szkolenie wojska - od atrakcyjności zabawy cywilnej. Wyjątek stanowią skoki HAHO i HALO, które nadal podnoszą ciśnienie kolorowym, rozbrykanym dzieciakom. Ogólnie jednak konkurencja w sieci wypada nieco do dupy. Trzeba więc coś zrobić, trzeba wesprzeć swoje mniejsze stado wymyślając coś, co może nie trzyma się kupy ale integruje.
Tak oto, na potrzeby integracji elitarnej grupy wojskowej powstała grafika, która obnaża spory problem wizerunkowy.

Niech ten rzuci kamieniem...

Wracam więc do początku. Tak realizowany jest podział dla zaciśnięcia więzów mniejszego podzbioru. Nie można w tej strategii odnieść się do całego zbioru (tu wszyscy, co mają coś wspólnego ze skokami spadochronowymi) bo wtedy umniejszyłoby to splendor danego podzbioru. Ofiara musi się znaleźć w jakimś innym podzbiorze, wobec którego istnieją emocje, napięcia - czyli relacja.
Od razu przypominam sobie wczesne początki w aeroklubie. My spadochroniarze i te pedały szybownicy. Oni też byli swoimi "my" a więc oni byli inteligentni a spadochroniarze głąby. Nasza strefa zrzutu to ho ho ho, bo tamta strefa rzutu to chuje, złodzieje i cieniasy. Budujący płaskie formacje to profesjonaliści a freeflaje to bałaganiarskie pajace. Freeflaje to najwyższa forma ewolucji a płaskacze to dziady, itd itp.

A więc Szanowni Skoczkowie wszelkiej maści. Dajcie sobie na luz. Chwalcie swoje ale nie dosrywajcie innym, bo wszyscy na tym tracą. Skoczkowie niepotrzebnie tracą energię na gierki w stadach a ich umysł powinien być skupiony na planie i na zadaniu.

napisałem i od razu mi lepiej ;)

2 komentarze:

  1. Trochę źle to sformułowali. Powinno być tak - co żołnierz spadochroniarz jest w stanie zrobić dla dodatku desantowego: siedzieć nawet 6 godzin ubranym w niewygodny spadochron, pozapinanym jak by się miała zaraz skoczyć, z zasobnikiem zawadzającym we wszystkim, bez jedzenia i picia, bo zapewniali, że pójdzie jak po maśle, albo zapas się szybko skończyły. Bez cienia szansy, że się uda zrobić skok. Dla nas po prostu nie jest masochistą...
    A tak na poważnie wracając do memu - czysta propaganda i tyle. W zeszłym roku jeden taki odważny 2 razy robił sobie pusty przelot bez skoku. Sam raz to widziałem, bo mijałem się z nim przy samolocie. On sobie wychodził, a ja wchodziłem. I taki to sobie żołnierz może mówić, że służy w desancie. Dupa a nie desant. Kiedyś nie do pomyślenia, że ktoś przychodził do tej formacji bez zaliczonego skoku. A teraz to zapchają, czym popadnie. Co mu na WKU powiedzieli, że będzie na kuchni gary mył, czy co. Albo nie wiedział co podpisywał i gdzie będzie służył, że w telewizji tak fajnie to pokazywali, a jak do czego przyszło to on chce do mamy?
    Poziom wyszkolenia spadochronowego w tych "elitach", to już kwestia dyskusyjna. Jak będę miał sposobność nakręcić tych wirtuozów spadochroniarstwa na skrzydłach to podrzucę filmik. Szczęka opada co niektórzy wyprawiają. Normalnemu "cywilnemu skoczkowi" ciarki przejdą po plecach i aż dziw bierze, że jeszcze się nie pozabijali. Na normalnej strefie spadochronowej dostali by dożywotni zakaz wstępu.
    Albo ostatnio wpadł mi w łapy zacny raport/protokół komisji spadochronowej Brygady, czy też to batalionu, bo aż tak dobrej pamięci nie mam do gniotów (prawie jak PKBWL >:D). Mianowicie było to z incydentu spadochronowego, z którego osoba odrobinę znająca się na spadochroniarstwie stwierdziłaby, że coś w tym śmierdzi i to mocno. Pokrótce z pamięci: skoczek wykonywał 1002 skok (słownie: tysiąc drugi skok), jak dobrze pamiętam to pierwszy w danym dniu. Wysokość skoku 4000m, miejsce Pustynia Błędowska. Planowana wysokość otwarcia 1200m. Awaria typu zgubiony uchwyt pilocika. I tak sobie ów skoczek od planowanej wysokości otwarcia, aż do otwarcia zapasu podjął kilkukrotnie próby otwarcia spadochronu (dosłownie było napisane kilkukrotne!! reszta to skrót telegraficzny, bez cytowania dosłownie w całości przebiegu zdarzenia), aż do momentu gdy otworzył zapas. Tylko owe otwarcie zapasu zbiegło się w momencie ze spracowaniem AAD. I tu zastanawiające co skoczek robił przez prawie 1000m, gdzie była wysokość decyzji, wysokość ratownicza. Gdzie zasada do dwóch razy sztuka, a nie do bólu. Opis sprzętu bez znaczenia - ale prawie funkiel nówka nieśmigany AAD na Pro. I tu nawiązanie do podsumowania memu - gościu był po prostu amatorem, bo nic nie wiedział. Z tego co pamiętam szanowna komisja nic nie stwierdziła, żadnych uchybień w wyszkoleniu lub jego braku. Żadnych zaleceń. Nawet go chyba nie zawiesili w skokach, gdzie w wojsku to normalne na odmulenie. Kumple po prostu pewnie nie mogli zatuszować sprawy, bo cutter spracowany, a trzeba było go jakoś rozpisać, to się nie dało. Zastanawiające, że skoczek w zeznaniach opisał, że wielokrotnie podjął próby - to ewidentny strzał w kolano (albo ktoś sobie dopisał bo lepiej brzmi :D), a otwarcie zapasu na wysokości spracowania AAD lub jego granicy, w to ja już bym szczerze wątpił. Powiedzieć na koniec, że wysokość otwarcia zapasu zbiegła się z wysokością zadziałania przecinaka to nie problem, bo nic się przecież nie stało. Wyrwać uchwyt wyzwalający po wszystkim to nie sztuka, żeby koledzy się nie śmiali, że się nic nie zrobiło. Bo 100m w górę, czy w dół to kto to będzie wiedział.
    Takimi sprawami powinna się armia chwalić i opisywać. To by był wtedy podziw.

    OdpowiedzUsuń
  2. To, kto był szybszy łatwo sprawdzić. Jeśli pętla jest przecięta to znaczy że AAD było ciut szybsze albo po prostu otworzyło a uchwyt od zapasu był wyciągnięty po czasie. Wtedy też producenci za raport zadziałania i uratowania życia wysyłają darmowy przecinak. Ale faktycznie i ta historia i tego latającego samolotem góra dół oznaczają, że to już nie jest tak "na twardo" jak w filmach ;)

    OdpowiedzUsuń