piątek, 27 lutego 2015

Nie dygaj młody - konfabulacja kontynuacja Cz2

W poprzednim odcinku Leon, znieświeżony młodzieniec o traumatycznej rysie na przyjętym schemacie relacji międzyludzkich postanowił rozpocząć kurs spadochronowy.

Na lotnisku

Szkoła musiała gdzieś tu być. Normalnie Leon pewnie już by dawno się zniechęcił. Psycholożka szkolna, która zajęła się badaniem uczniów powtarzających po raz trzeci drugą klasę liceum dokonała pomiarów średniego czasu zniechęcenia. Wynosił on około 2,5 sekundy. Po takim okresie młodzież zaprzestawała dalszych prób realizowania powziętych planów, popadała w apatię, zamykała się w sobie, co mogło prowadzić także do sławnej dysleksji, oraz nowej w województwie - depresji. Jedynie aktywności prowadzące bezpośrednio do zbliżeń z płcią odmienną lub wprowadzeniem do organizmu niskiej jakości, mocno reklamowanych pokarmów zawyżały wyniki tychże badań. Na pewno wszystko, co wiąże się z szeroko pojętą pracą, porządkiem, nauką i dyscypliną powodowało mocno alergiczne reakcje badanej młodzieży.



Ale to nie jest byle co, to jest kurs spadochronowy, to nowe życie, nowe blaski, jutrzenka na tle mdłego budyniu codzienności. 
Leon nie wahał się zajrzeć do namiotu, na której widniała wymalowana starannie aczkolwiek bardzo siermiężnie nazwa SkySzkoła Grzmot.
W środku siedziało już kilka osób. Leon bez trudności wypatrzył znajomą z plakatów twarz Zdzicha. Pewność, którą rozbudził w sobie zanim zajrzał do namiotu prysła momentalnie. Wiedział, że będzie pamiętać właśnie tą ulotną chwilę swojego życia do jego końca. Być może stał przy zrolowanej pole namiotu zbyt długo, ale po prostu wmurowało go. Ruszył na spotkanie swojej przygody, swoich marzeń, swoich snów.
Podszedł i przedstawił się. Zapytał, czy to Zdzich jest Zdzichem. Zdzich obdarzył przelotnym spojrzeniem blade liczko Leona i spojrzał w głąb namiotu, gdzie coś dziwnego robił jakiś dziwny człowiek. Niechlujna fryzura, krzywo tkwiące w niej bardzo błyszczące okulary i sylwetka przypominająca nieco dzwonnika z Notre Dame. Znany instruktor siedząc w fotelu z nogą zarzuconą na podłokietnik kiwnął niedbale dłonią odwracając wzrok w inną stronę a dzwonnik odezwał się: 

- "Młody, dla ciebie to Pan Instruktor Zdzich, nie pozwalaj sobie na zbyt wiele, już na początku. Kurza męka", po czym dzwonnik nachylił się znowu nad tym czymś, co wykonywał na środku namiotu.
- "Dzięki Mieciu", powiedział Zdzich i znowu obdarzył Leona wzrokiem,
- "Kiedy młody możesz zacząć swoje szkolenie?"

Młody, znaczy Leon był nieco zaskoczony. W zasadzie to przecież nie od niego zależało, on był przygotowany. Nieśmiało wybąkał więc, że jest już gotowy. Na pytanie o kasiorkę, kiwnął głową potakująco, co zaowocowało niechętnym acz skutecznym podniesieniem się Zdzicha z fotela.
Przeszli do samochodu, który cały był oklejony kolorowo. Nie można było pomylić się, to była ta sama twarz, co z plakatów i lokalnych tygodników. Kasa sprawnie przeszła z ręki do ręki, nawet uśmiech zrozumienia zagościł na wąsatej twarzy podniebnego bohatera. Prawdopodobnie zrozumiał Leona Pan Instruktor jak trudno było te pieniądze zdobyć.
Oczywiście, że było trudno, choć może nie tyle Leonowi co jego rodzicom, którzy do lombardu oddali trochę niepotrzebnych matce błyskotek i na pewno do niczego nie potrzebny ojcu puzon. Leon nie miał jednak wyrzutów sumienia, bo to on reprezentował w rodzinie przyszłość. Jako dwudziestoparoletnie dziecko postanowił coś zmienić a wiadomo, że rodzice są właśnie od tego, aby umożliwić mu budowanie przyszłości.

W drodze do namiotu stała się rzeczy niesłychana, Zdzich położył dłoń na ramieniu Leona i powiedział, że teraz on zajmie się wszystkim i zrobi z niego wreszcie człowieka. 
"Dżizas" pomyślał Leon, przecież właśnie o to mu chodziło. To wszystko szło jak z płatka, nawet nie było problemów z pieniędzmi. Od razu widać, że to profesjonalista, kalkuluje szybko jak kalkulator, pewnie był niezłym zabijaką.
Patrząc z boku na swojego instruktora, tak! już mógł powiedzieć, że na swojego, bo on jemu powiedział, że się nim teraz zajmie. A jeśli mistrz powziął decyzję zajęcia się uczniem to jest to już mistrz tego właśnie ucznia a uczeń jest uczniem tego mistrza. To przecież jest proste.
Patrząc więc z boku, zaczął Leon dostrzegać pewne niedoskonałości Zdzicha. Brzuszek, trochę odbarwiony pod pachami kolorowy kombinezon. Dupa taka poobcierana i zielona, łata tu ówdzie. Oczywiście naszywki były super, Zdzich wyglądał jak kierowca rajdowy z Canal+ ale nie był tak wysoki jak Leon oczekiwał.

-"Młody, jak tym masz na imię, bo mi wyleciało" zagaił Zdzich.
-"Leon, proszę pana"
-"Słuchaj, ja tu za pół godzinki mam do obskoczenia dwa tandemy, ty sobie młody popatrz jak to wszystko wygląda, to będzie mi potem łatwiej szkolenie teoretyczne zrobić. A szkolenie teoretyczne to ważna rzecz młody. No już, już. Nie pękaj, będzie dobrze, po prostu popatrz jak my tu skaczemy"
-"Mieciu, mamy dla młodego jakiś kombinezonik?"

Rany julek, oni już szukają dla mnie kombinezonu. Ale czad. Myśli Leona stały się zakręcone. Lekko zamroczyło go, ale nie dał po sobie nic znać.
- "Się zaraz sprawdzi szefuńciu" odparł dzwonnik o imieniu, lub przezwisku Mietek.
- "Co młody, już srasz w nachy, co? He, he, he. Nie bój żaby, wyszkolim Cię tu jak należy" powiedział Mietek a Leon zaczął czuć do niego sympatię pomimo tych uwag o sraniu. Przecież oni skaczą z samolotu, to są bohaterzy i mimo tego rozmawiają ze mną, żartują sobie ze mną. Rewelacja.

Namówiony przez Miecia, po prostu Miecia, który pozwolił tak do siebie mówić. Równiacha z niego, nie ma co. Namówiony przez Miecia poszedł Leon oglądać lotnisko. To ponoć też ważne dla bezpieczeństwa aby on, Leon zobaczył co gdzie jest. Leon patrzył więc wokoło. Trawa już pyliła, słychać było bzyczenie owadów, samo lotnisko zaś było przepiękne i ciche. Nie wiedząc za bardzo co ma oglądać chodził i patrzył jak stopy przesuwają się pomiędzy nieskoszonymi źdźbłami trawy. Nie za bardzo wiedział Leon, gdzie to zielone lotnisko się zaczyna a gdzie kończy, ale starał się ze wszech miar je obejrzeć, tak jak polecił Mietek.

Smartfon pokazywał, że pochodził już sporo. Chyba dość długo aby wyglądało na to, że obejrzał wszystko. Dawno tyle nie chodził, chyba będzie dziś wieczorem solidnie spał. Wrócił więc powolutku do siedziby szkoły. Tymczasem przybyły dwie niebrzydkie dziewczyny i jedna brzydka baba. Wokół tych niebrzydkich nad wyraz sprawnie i elastycznie poruszali się obaj spadochroniarze. Salwy śmiechu wypełniały namiot, od razu Leonowi spodobało się życie na lotnisku. Podsłuchał, że jedna z dziewczyn, która wciskała się właśnie w kolorowy kombinezon, to barmanka z jakiejś dyskoteki, gdzie bywają spadochroniarze.

- "Ładnie leży" powiedział Zdzich wymierzając soczystego klapsa w całkiem spory tyłek dziewczęcia. Mietek zarechotał głośno ujawniając przy tym dość spory defekt w swoim uzębieniu.
"Zdzisieek!" tak z lekką i żartobliwą nieco groźbą odpowiedziała dziewczyna. Ale przekrzywiona głowa i zalotny uśmiech były w zupełniej opozycji do tej zgoła nieudanej groźby. Leon był zachwycony. Co za życie! To jest to, to jest bycie samcem. Wyobraził sobie dupę Jolki, z którą chodził rok wcześniej. Nie zdał jednak i Jolka ma już chłopaka ze starszej klasy. Dupsko miała jednak konkretne ale za takiego klapsa to mógł oberwać po japie. Jakoś im się nie układało. Pewnie gdyby był skoczkiem, gdyby ona widziała go w takim kombinezonie i gdyby wtedy tak właśnie profesjonalnie klepnął (bo Leon widział, że to był taki klaps z potrząśnięciem, takie badanie gruntu, eeeh) Jolkę to nie tylko by mu nic nie powiedziała, ona by tylko westchnęła.

Początek kursu zapowiadał się więc świetnie.

CD tutaj

1 komentarz:

  1. Genialne! Nie czytam od razu wszystkiego, będę sobie dozował tę przyjemność.

    OdpowiedzUsuń