wtorek, 1 lipca 2014

Małe spadochrony - byt kształtuje świadomość

Nie jestem betonem, bo zmienia mi się podejście do kwestii, którą od lat traktowałem bardzo schematycznie.

W pędzie zmniejszania spadochronów dopatrywałem się słabości charakterów uczniów. Wydawało się, że ich ego jest motorem do zwiększania ryzyka.
Wydawało mi się też, że chęć zabłyśnięcia przed innymi zaburza ich zdrowy rozsądek i ich hamulce bezpieczeństwa.

Teraz zastanawiam się, czy aby nie byłem przez lata w błędzie.

A wszystko przez zdrową wymianę informacji.

Jeden z moich studentów, leniwie szkolonych w Andaluzji osiągnął próg licencji B i postanowił przewęszyć polskie, skoczne ośrodki. Nie będę pisał kto i gdzie, bo nie wydaje mi się, aby to co nastąpiło stanowiło jakieś szczególne odstępstwo od reguły.
Chłopisko, jak to Słowianin, jest potężne. Zdrowy byk, umięśniony, wysportowany no ale masa to masa. W Hiszpanii dostawał duży spadochron, bo nie było żadnych powodów aby tenże spadochron zmniejszać. Latał więc z powodzeniem na spadochronie rozmiaru 280, co też odnotowane jest w jego książce skoków.

W Polsce zaproponowano mu 190!

Rozumiem, że licencja B USPA jest równoważna z polską licencją na legalne samobójstwo czyli ŚK ale zastanowiło mnie, po co, lub też dlaczego został obdarowany aż takim wielkim prezentem zaufania?

Bo byt kształtuje świadomość

Ośrodki szkolenia dysponują skończoną liczbą zestawów spadochronowych. Tak się składa, że spadochrony szkolne są zazwyczaj najdroższe ale też dostarczają najwięcej profitów. Szkolenie podstawowe jest najbardziej opłacalnym etapem skoków spadochronowych (pomijam tandemy bo nie są szkoleniem).
Jeśli więc krótki i boleśnie pochmurny sezon trwa niewiele miesięcy to dostukanie gwarancji lotu samolotu staje się bardzo ważne.
Uwaga! Przeciętny skoczek nie zdaje sobie sprawy jakie ryzyko ponosi normalny organizator skoków. Biorąc samolot musi zagwarantować właścicielowi odpowiednią liczbę wylatanych godzin. Właściciela nie obchodzą problemy pogodowe, czy jakiekolwiek inne. Gwarancja to gwarancja. Wylatałeś to wylatałeś, nie wylatałeś to i tak płać.
Tak więc samolot musi latać. Chmurki, wiaterek i różne problemy schodzą na plan dalszy.
Jeśli ktoś ma już licencję B, czyli jest zwolniony z opieki instruktora to może przecież wziąć mniejszy spadochron, tak aby jak najwięcej sprzętów leciało w jednym wylocie. To logiczne. 
Logiczne jest też to, że skoczek zostanie przekonany, że już "spokojnie" może zmniejszyć rozmiar spadochronu. Że będzie lepiej leciał pod wiatr, że będzie mu fajniej i lżej na plecach. No po prostu git! I inni zobaczą jaki to profesjonalista.

Kolejny raz geniusz pokłonił się przed mamoną.

Ale problem jest głębszy, bo uczeń myśli, że to jest OK. Że buciki kupuje się na wyrost. Że to właśnie droga "dawania sobie rady" jest słuszną drogą.


Szanowni, młodzi skoczkowie. Chciałbym w tym momencie przeprosić niektórych z Was (tylko niektórych, bo wiem, że duża część to oderwane od rzeczywistości wraki samodyscypliny) za moje dawniejsze, zwerbalizowane przemyślenia. Część z Was faktycznie pada ofiarą zrządzenia losu, pewnego splotu okoliczności, który w dalszej koincydencji zdarzeń prowadzić może do problemów.


Apeluję jednocześnie do zachowań takich, jakie zaprezentował mój uczeń. Zawinął się na pięcie i opuścił tenże ośrodek szkolenia, słusznie węsząc problemy, które mogą go tam dopaść.

Asertywność, intuicja, samokrytyka, odpowiedzialność za siebie, zasada ograniczonego zaufania - to proste znaki drogowe, które mogą wskazać dłuższą drogę niż ślepy tor.

3 komentarze:

  1. Iwan,

    A ja mam inny problem. Ja się potwornie boję 260-tek Navigatora. Nawet 240-tki to dla mnie "krowy". Nie mówiąc już o 280-tkach (nawet w tej przesadnie "bezpiecznej" Polsce występują rzadko)! Mam nawyki wyniesione "z samolotu", które wywołują we mnie lęk przed zbyt małą prędkością podejścia i idącym za nią ryzykiem przeciągnięcia przy lądowaniu. O wiele bardziej komfortowo czuję się na, nawet lekko, mniejszej czaszy. Taka czasza jest szybsza i można dynamiczniej manewrować wysokością wyrównania przed przyziemieniem. Nie chodzi mi tutaj o "autozabijaki" o rozmiarze #120! Niech to będzie 210, albo 190 - ale coś, co da wystarczającą swobodę w manewrowaniu - adekwatną do moich (może jeszcze słabych, ale już jakichś) umiejętności. Na tych polskich, wysłużonych (tak polskich, jak F-16 i niepolskich, jak "polskie obozy śmierci") Navigatorach 260 zawsze mam ten sam problem - zaciągam "kołki" zbyt późno, jak na taką dużą czaszę, a później chodzę obolały na zewnętrznych krawędziach stóp (jak wy...ana kaczka jakaś!).

    Jednym słowem czuję się jak pilot małej Cessny 150 (którym nota bene jestem) a któremu polecono by pilotował najpierw Boeinga 747, bo "wg zasad sportu spadochronowego tak jest bezpieczniej". Zauważcie, że przepisy lotnicze (pisane "krwią lotników", a więc tą, której więcej się wylało w historii ludzkiej wynalazczości niż "krwi spadochroniarzy"!) przewidują kierunek zgoła odmienny! Najpierw uczymy się latać i lądować małym, szybko reagującym na stery samolotem, którego "ruchy" śledzimy, i reagujemy na nie - na granicy naszej percepcji. Potem dopiero przychodzi czas, na "dostojne", komunikacyjne "krowy". Są one w pilotowaniu o tyle trudniejsze od małych "pierdków", że znaczniej wolniej reagują na sterowanie przez pilota. Oznacza to, że potrzebują pilota o wystarczającym doświadczeniu, który umie przewidywać ruchy statku powietrznego odpowiednio "wyprzedzająco" w stosunku do "refleksu", który tenże statek powietrzny "posiada". Spróbujcie sobie na symulatorze "polatać fortecą B-52 i Boeingiem 737 - zobaczycie, co jest łatwiejsze!

    Chcę jednakże podkreślić; nie jestem zwolennikiem wydawania 120-tek uczniom!!! To tak jakby wsadzić pilota-ucznia do modelu latającego (w dzisiejszych czasach nazywanego z angielska "dronem"), a w najlepszym razie - do wojskowej "rakiety". W takim wehikule, z nie wyrobionym jeszcze refleksem, zginąłby w ciągu 5 minut!

    Druga sprawa; to właśnie "młodzi" (w sensie stażem, a niekoniecznie wiekiem) skoczkowie rozwijają w sobie pasję i to im najbardziej potrzeba kolejnych stymulantów emocji, doznań. Po co staremu "wydze", któremu już 5000 skoków temu znudziło się skakanie, i który przerzucił się na tandemy (bo bardziej zaczęła go kręcić kasa niż "gwintowanie powietrza"), takie z...biste emocje?! Pamiętam, gdy pierwszy raz pojawiłem się w hangarze przed kursem PPL(A) i jak bardzo wtedy człowieka "ssie", żeby polatać. Instruktora tymczasem (tysiące h nalotu) "ssie", żeby.. zjeść kanapkę, wypić dobrą herbatkę, żeby ogólnie odpocząć - ale nie, żeby polatać! Prośba więc do Was "starych" (z całym szacunkiem): dajcie nam "młodym" pobawić się, bez całej tej protekcjonalnej otoczki. Może i czasem popełnimy drobne błędy (przy czym "drobne" musimy rozumieć jako: złamanie nogi, ręki, tudzież inne zwichnięcia...) Niech Was to nie boli - dla nas, początkujących, cała ta zabawa jest wystarczającą rekompensatą ryzyka, a dla Was - już dawno jest to na tyle nudne, że w powietrzu pomiędzy 1200 a 4600 m AGL szukacie ciszy, spokoju i...



    spokojnej emerytury.




    Pozdrawiam wszystkich skoczków - zarówno uczniów, jak i cały ten geriatryczno-spadochronowy "ZUS"! :)
    Paweł

    P.S. Precz z "gombrowiczowską pupą"!

    OdpowiedzUsuń
  2. Niekiedy zdarzają się ludzie, którzy mają cechy psychofizyczne pozwalające na skoki na 210, to oczywiście jeszcze zależy od ich masy ciała, co innego kiedy ważą kwintal co innego kiedy jest siedemdziesiąt i parę kilo. 210 to nie jest jeszcze jakieś skrajne ryzyko w niektórych przypadkach. Przez kilkadziesiąt skoków można jednak oczekiwać, że sytuacja szczególna może spowodować bolesne błędy. Jeśli chodzi o porównanie cessny 152 i boeinga to raczej byłbym za cessną jako 280 i powiedzmy zlinem jako 190 ;) Jak już dobrze kontrolujesz podejście do pasa to zlin fajniejszy ale na pierwsze lądowania to ja wybrałbym samolatającą (powoli) cessnę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli zaś chodzi o uszkodzenia, to można się świetnie bawić bez nich. Zachowując pewien balans pomiędzy nabywaniem umiejętności i stałym poziomem zabawy można czerpać emocje ze skoku, które nie muszą kończyć się zwichnięciami. No a jeśli komuś potrzeba zwichnięcia to osobiście wolałbym aby sobie coś zwichnął w innych okolicznościach niż popełniając błąd.
    W skokach znajdziesz Paweł cały, bogaty przekrój różnych charakterów, jednak popełniane błędy skoczków i instruktorów odbijają się coraz większym murem przepisów i działań naprawczych. Gdybyśmy byli w radosnych czasach rodem z filmu "cyrk straceńców" to wtedy karma rządziłaby.
    Niestety, z całą świadomością piszę "niestety" spadochroniarstwo nie jest już dla ludzi formą wolności. To lata głupich rzeczy zmieniły je w uregulowaną aktywność z formularzami, ubezpieczeniami, licencjami, systemem kontroli i nadzoru.
    Niektórzy instruktorzy dają swoim studentom moralną zgodę na popełnianie tych błędów, o których piszesz, pozwalają im czasem nawet na dużo więcej gdy formalnie wszystko jest dopięte.
    Dla mnie to jest jednak zbyt trudne. Jak widziałeś jestem zwolennikiem leniwego, maksymalnie bezawaryjnego szkolenia. A gdy skoczek stopniowo nabywa umiejętności będzie mógł bawić się bardziej świadomie i bardziej skutecznie. Zbyt szybka zabawa może być podobna do rozrabiania na ulicy samochodem taty zaraz po otrzymaniu prawa jazdy. Ani to skuteczne, anie bezpieczne. Trochę godzin, trochę treningu, może na tor nauki jazdy itp.
    Wypalenie, czy też brak napalenie nie musi oznaczać, że stary skoczek nie ma potrzeb emocjonalnych. Zagłębiając się w pasji nie robimy się ani lepsi ani gorsi. Jesteśmy po prostu w innym jej miejscu

    OdpowiedzUsuń