niedziela, 6 lipca 2014

Bardzo tanie linie lotnicze

Spadochroniarz zaczyna swoją aktywność oddzielając się od progu samolotu. Od tego momentu cyka zegar, który nieubłaganie odlicza czas aż do chwili kontaktu z ziemią. 
Jaki to będzie kontakt, czy skoczek pozostanie w zdrowiu i szczęściu zależeć będzie od całokształtu procesu szkolenia, od stanu technicznego spadochronów, od dodatkowych zabezpieczeń, od warunków pogodowych itp. 
Można jednak powiedzieć, że skoczek przygotowuje się i jest przygotowywany tylko do wykonywania skoku z samolotu.



Bo skoczek wie czego chce...

Można nakreślić linię, która oddziela to, na czym skoczek się zna, od tego o czym skoczek nie myśli. Co pozostawia w sferze wiary, zaufania i niedopowiedzenia. Jednak pozostawiając to w tej nieokreśloności oczekuje konkretnej, niskiej ceny usługi.

Skoczek zanim wyskoczy z samolotu wydaje się swoim postępowaniem ogłaszać: "mam to dupsku, ma być tanio, wysoko i często, jestem klientem i wymagam, jak będzie inaczej to pojadę gdzie indziej!"
Do momentu oddzielenia się od samolotu mamy więc ni mniej, ni więcej ale bardzo tanie linie lotnicze.


Realia

Nie wiem, czy ktoś o zdrowym rozsądku może oczekiwać, iż zje obfity, zdrowy i pożywny obiad za dwa złote. Czy ktoś kupi dobry, bezpieczny i wygodny samochód za tysiąc złotych?
Nie potrafimy oceniać jakości, nie znamy się na jakości, bo do tego potrzebna jest konkretna wiedza. Społeczeństwo zostało zepchnięte do roli ciemniaków, którzy potrafią porównać tylko cenę produktu lub usługi.
Liczy się cena biletu, reszta ma być "czyimś" problemem.

Stan techniczny samolotów jest dokładnie kontrolowany przez lotnicze normy jakości. Paliwo jest również kontrolowane a piloci licencjonowani. Ośrodki szkolenia są certyfikowane, wszystko jest pozornie cacy. Ale w poszukiwaniu możliwości utrzymania się na fali i przeżycia w realiach kiepskiej pogody, krótkiego sezonu i parcia klientów na niskie ceny gdzieś muszą być być słabe punkty.

Stare strucle

Warto jednak wziąć pod wzgląd, że normy mają swoje zakresy. Skoczkowie są wyrzucani ze starych strucli, produkowanych w latach sześćdziesiątych. Przypomnijcie sobie film "Fandango" i zróbcie małe dochodzenie, na czym latamy na swoich strefach. Tu znowu nie chodzi o krytykę, chodzi o realia. Może i normy są spełnione ale latamy starymi rzęchami, upchnięci do granic norm eksploatacji. Samoloty są zarzynane ostrym wchodzeniem do góry i silnym schładzaniem przy powrocie. Ale w normach - w to wierzymy.


Potencjalnie słaby punkt

Moim zdaniem jednym ze słabych punktów jest doświadczenie pilotów. Licencja zawodowa pilota jest niemal tym, czym świadectwo kwalifikacji dla skoczka. Otrzymanie jej potwierdza wylatanie odpowiedniej liczby godzin, zdanie egzaminów praktycznych i teoretycznych oraz pozytywne orzeczenie lotniczo lekarskie.

Ale linie lotnicze wymagają więcej. Bo samolot jest większy? Bo ma więcej wskaźników? Przecież licencja to licencja. A jednak trzeba mieć jeszcze nalatane z tą zawodową licencja minima (które wraz z pojawieniem się tanich linii lotniczych, stopniowo maleją). Moim zdaniem latanie ze skoczkami jest fajne ale może być niezmiernie trudne. Oczywiście moje doświadczenia dotyczą przebywania w części pasażerskiej. Ale za to obserwuję to w różnych krajach i przez parędziesiąt lat.


Brak wiary w rozsądek skoczków wzrasta

Nie wierzę w to, że grupa skoczków przyjdzie do organizatora skoków i powie, że chce zapłacić więcej ale proszą o doświadczonego, starego lisa, który będzie miał dobrą pensję, będzie szanowany i słuchany. Który będzie decydował, czy warunki pogodowe nadają się do skoku i będzie korygował wyrzut skoczków obserwując przyrządy pokładowe i nawigację satelitarną.

A nawet jeśli stanie się cud i taka grupa zbierze się, to strefy zrzutu, które działają przez 5 miesięcy w roku i to zwykle w weekendy żyją ze skoków tandemowych i szkoleń podstawowych. Jeśli nawet uda się znaleźć świadomych skoczków to odsetek chętnych na tandem i na AFF, którzy będą chcieli dobrowolnie zapłacić więcej będzie znikomy.


Jak to możliwe?

To nieprawdopodobne, że w Polsce są tak niskie ceny biletu do samolotu, porównywalne z cenami z Włoch, Hiszpanii, Francji, czy Portugalii. W jednym kraju takie same samoloty, na takie samo paliwo, za podobną cenę jednego kilograma tegoż paliwa latają ponad połowę krócej - a gwarancja to gwarancja, zazwyczaj zaczyna się od 300 godzin. Powiedzmy od 1000 wylotów. Dopiero powyżej tego właściciel samolotu jest skłonny do negocjacji cenowych. 1000 wylotów w Polsce to nie jest byle co. To nie jest prosta sprawa.

Nie tylko RP cierpi na tą słabiznę. To wcale nie musi być problem, ale może. Znam miejsca w Europie, gdzie młodzi piloci w zmęczeniu całodziennego latania chcą wystartować na pełnych klapach - no i klapa. Wypadek samolotu z Belgii, gdzie pilot dla zgrywu robi beczkę ze skoczkami strypanym PC-6? Czy doświadczony pilot, który ma dobrą pensję i stałą pracę u organizatora pozwoli sobie na takie ryzyko? Raczej jest to dużo mniej prawdopodobne.


Propozycja

Nie wiem czy to dobry pomysł ale nie liczyłbym na samoświadomość skoczków. Nie liczyłbym na to, że jeśli odgórnie zostanie narzucona godziwa cena biletu to organizatorzy przeznaczą ją na doświadczonego pilota. W tych realiach przychodzi mi do głowy, że warto narzucić minimum wylatanych zawodowo godzin tak jak do linii lotniczych. Tak, aby piloci nie chcieli odchodzić do lepiej płatnej ale nudnej pracy. Bo latanie ze skoczkami jest ciekawe, jest niebezpieczne, jest wymagającej i powinno być dobrze opłacane. Może warto wprowadzić program szkolenia dla tej szczególnej formy latania. Oczywiście, że odbije się to na cenie biletu dla skoczka ale to nie jest bolesny problem w zestawieniu z innymi konsekwencjami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz